Marsa Alam – Czerwone Morze Uncovered

Jak większość z Was już pewnie wie, miałam ostatnio spory spadek formy. Nie mogłam już znieść Kairu, a myśl o tym, żeby zostać tu jeszcze jeden rok kompletnie mnie załamała. Nie mogłam się pozbierać, siedziałam w domu między lekcjami i oglądałam głupie filmiki na facebooku, żeby zabić czas i przestać planować. Sama nie wiem kiedy przyszły święta. Dla większości moich znajomych, czas kurczaczków i palemek. W Kairze czas żałoby po dwóch wstrząsających i pogrążających w zadumie wybuchach w kościołach w Niedzielę Palmową. Dla mnie osobiście czas, który zbiegł się z czterodniowym urlopem i wyprawą do Marsa Alam.

Jesteśmy beznadziejni w planowaniu, dlatego mój małż postanowił zabookować dla nas wycieczkę zorganizowaną. Nawet nie pomyślałam, że może nam z tego wyjść wycieczka w stylu niemieckich emerytów z aparatami na szyi. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam zupełnie nic o Marsa Alam oprócz tego, że mieszka tam kilka bliżej mi nieznanych Polek i że część z nich pracuje jako animatorki w hotelach. Wyobrażałam sobie to miejsce jako drugą Hurghadę – resorty, nieco zamulone plaże przy hotelach, wycieczki fakultatywne i pływanie na bananie. Ostatniego dnia szybko wrzuciłam w plecak kilka par krótkich spodenek, strój kąpielowy i jedziemy.

Punkt spotkania grupy był pod Maadi Grand Mall, więc dla nas idealnie. Godzina spotkania 1:00 w nocy. Doczłapaliśmy na czas, bo ja mam wwiercony zegar w czoło i nie ma opcji, żeby się spóźnić. Oczywiście nikogo jeszcze nie było. Po półtorej godziny grupa młodych, pełnych entuzjazmu Egipcjan wrzuciła torby i walizki na dach busa i ruszyliśmy w podróż. W naszym małym busiku jakimś cudem zmieściło się prawie dziesięciu wysokich i niechudych egipskich brodaczy, którzy już na początku drogi postanowili djować. Po pięciu minutach od startu samochód bujał się nie tylko z powodu egipskich dziurawych dróg, ale także egipskich rytmów, które mój mąż określa jako „low class music”. Szczerze mówiąc, zupełnie nie odróżniam tego low-class od other-class, ale być może ta właśnie sprawia, że ludzie ruszają całym ciałem, a tamta, że tylko głową. Nasi współpasażerowie zaczęli podskakiwać, klaskać i śpiewać, a ja poczułam, że przede mną dziesięciogodzinny koszmar. Spojrzałam na S. z rozpaczą w oczach, ale tylko wzruszył ramionami. Całe szczęście wkrótce wszyscy poczuli zmęczenie i pozasypiali. Do końca wyjazdu nie mogłam uwierzyć, że można tak się bawić bez kropli alkoholu.

Dotarliśmy rano do najbardziej pustego i jednocześnie jednego z najładniejszych kurortów w jakich byłam w życiu – Beach Safari Resort.

Piękna recepcja i bardzo komfortowy, czysty i ładny pokój z widokiem na morze oraz piękne biało-niebieskie nubijskie domki – to największe plusy. Skromne jedzenie i prawie pusty bar (mieli tylko piwo, a wina nam nie sprzedali, bo uznali, że takie zdzierstwo oferują tylko obcokrajowcom) to podstawowe skutki kryzysu. Oprócz naszej około trzydziestoosobowej grupy przebywały w nim tylko dwie małe grupki znajomych i jedna rodzina z małym dzieckiem, którego ojciec zawieszał spojrzenie na każdej gołej nodze i odsłoniętym dekolcie. No właśnie… dziewczyny, które z nami przyjechały od razu pobiegły do swoich pokoi aby się przebrać i wróciły do recepcji w bikini i…w burkini. Różnorodność strojów mnie troszeczkę wciąż zaskakuje, szczególnie, że było też kilka dziewczyn w burkini, ale bez nakrycia głowy – myślę, że sporo Polek z kompleksami też poszłoby na ten układ. Wygodny, przylegający do ciała, ale nie odsłaniający zbyt wiele strój kąpielowy, który dodatkowo nadaje kształt wystającemu brzuszkowi – hit lata 2018, tak myślę.  Ja też oczywiście wyskoczyłam w stroju i wszystko byłoby ok, gdyby nie pogoda. Wiatr urywał nam głowy, dzięki czemu moje włosy na zdjęciach wyglądają jak po uderzeniu piorunem.

Punk pierwszy programu to naturalny basen Al-Nayzak. Faktycznie wyglądał przepięknie, choć bardziej niż na widoku skupiona byłam na przytrzymywaniu na sobie ubrań, które chciała porwać wichura i na swojej gęsiej skórce. Grupa jednak nie była takimi marudami jak ja i wszyscy od razu wskoczyli do wody, popiskując jak dzieci na zjeżdżalni. Wskoczyłam i ja. Było zimno jak w Polsce w czerwcu 😉 , a po skałach otaczających basen chodziły kraby wielkości pięści w kolorach idealnych do kamuflażu i ataku z zaskoczenia. Popływałam trochę i prawie się popłakałam ze złości na pogodę. Nie dość, że w Indonezji lało przez bite dwa tygodnie to jeszcze teraz ten wiatr. Lipcowy pech dosięga mnie wszędzie. Wieczór wcale nie był lepszy. Trzydzieści osób usiadło w kółku na patio i przedstawiali się sobie oczywiście po arabsku. Ja aktualizowałam aplikacje, przeglądałam fejsa i czytałam książkę posyłając im od czasu do czasu uśmiechy przez zaciśnięte zęby. Mąż co chwilę pytał „wszystko ok?” na co odpowiadałam ” Oczywiście!”. Po jakimś czasie samozwańcza liderka grupy zapytała mnie „Skąd jesteś?” „Z Polski” „Mówisz po rosyjsku?” „Tak, w końcu byliśmy częścią ZSRR, wszyscy w Polsce mówią po rosyjsku”. Kiedy zaczęli grać w mafię, nie miałam już żadnych szans. Wzięłam klucz do pokoju i spędziłam wieczór ucząc się arabskiego i ważąc moje szanse w starciu z tym potworem, z którym walczę już od jakiegoś czasu bez większych sukcesów.

Następnego dnia wyszło słońce! W jeszcze lepszych humorach (oni) i w przyzwoitym (ja) wyruszyliśmy odkrywać plaże w Wadi ElGamal Protectorate: Ras Hancorab i AlQulaan.

IMG-20170419-WA0003

Ta pierwsza to podobno jedna z najpiękniejszych plaż na świecie – tak twierdzą przewodniki i muszę przyznać im słuszność. Tak czystej wody i tak pięknego morskiego krajobrazu nie widziałam nigdzie. Najpierw wskoczyliśmy do wody, żeby snorklować i podziwiać rafę – nigdy tego wcześniej nie robiłam, więc zaskoczyła mnie ilość rodzajów ryb i innych stworzonek, które mogłam podziwiać praktycznie jeszcze stojąc na palcach. Na moje nieszczęście morze było pełne fioletowych meduz, więc moje pływanie przypominało raczej tę grę z gameboja, kiedy jedziesz samochodzikiem i musisz co chwilę uskakiwać na prawo i na lewo. Przerażała mnie ich oślizgłość, choć zachwycały kolorem. Uznaliśmy potem, że nie ma co ich obwiniać, bo bardzo musi być trudno sterować takim obłym ciałem, szczególnie kiedy nie ma się mózgu.

IMG-20170419-WA0006

Kilka godzin sesji zdjęciowej na Ras Hancorab i godzina drogi do AlQulaan – miejsca gdzie rosną krzewy w słonej wodzie. Serio! Filtrują sobie słoną wodę w jakiś magiczny sposób i wydzielają sól przez liście. Obecnie jest tam sporo krzewów i jedno przeciętnej wielkości drzewo, do którego idzie się, brodząc w wodzie po kostki przez jakieś dziesięć minut. Widok tej zatoczki z bardzo płytką, a przez to błękitną wodą jest niesamowity. Drzewo od głębokiego morza oddziela pas skał, na którym można usiąść i cieszyć się widokiem. Niestety spora część turystów nie przestrzega podstawowych zasad poszanowania natury i wdrapuje się na gałęzie tego okazu, żeby zrobić sobie zdjęcia. Szkoda, bo można już zobaczyć, że jedna z większych gałęzi została złamana i nie wiadomo, czy przy takiej ilości wsiadań i zsiadań to drzewko przetrwa kilka następnych lat.

Trzeci dzień to rejs jachtem na rafę koralową Samadai Dolphin House. Wybujało nas nieźle podczas rejsu. Na szczęście nasz przewodnik pomyślał o tym zawczasu i każdego zaopatrzył w tabletki, przeciwko chorobie morskiej. Mieliśmy zobaczyć delfiny, ale chyba je wywiało. Bardzo silne fale mimo słonecznego dnia sprawiły też, że odechciało mi się skakania do zimnej wody, ale większość grupy nie dała za wygraną i urządzili sobie konkurs pięknego skakania z górnego pokładu. Wyglądało to naprawdę zabawnie. Przewodnik zabierał chętnych małą łódką zwaną zodiakiem na rafę, aby mogli sobie posnorklować. Ja wybrałam opcję opalania się na pokładzie – jestem leniwcem, wiem. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała taką okazję przy lepszej pogodzie.

IMG-20170419-WA0002marsa alam grupa

Ostatni dzień to powrót do domu, ale postanowiliśmy wstać wcześnie rano i wybrać się do Zatoki Żółwi w nadziei na pomachanie kilku okazom. Przy okazji odkryłam, że nie potrafię pływać w płetwach, a pożyczona maska mnie irytuje i psuje humor. Rzuciłam wszystko na brzeg i w zwykłych pływackich goglach zapuściłam się na głębokie morze, żeby szukać żółwi. Oczywiście nie byłam sama. Cała grupa okazała się być rewelacyjnymi pływakami i poszukiwaczami morskich stworów. Wyczyniali podmorskie akrobacje i nawoływali żółwi, aż w końcu udało się znaleźć jeden leniwy okaz pływający zaraz obok nas. Usatysfakcjonowani spakowaliśmy się szybciutko i wyruszyliśmy w drogę powrotną. marsa alam zatoka zolwi

Mogłabym opisać Wam więcej szczegółów wyprawy, ale mam nadzieję, że tyle wystarczy, abyście nabrali ochoty i wybrali się sami w podróż na południe Egiptu. Dla mnie to był tylko weekendowy wypad, ale myślę, że spokojnie można tam spędzić dwa tygodnie niekoniecznie popijając drinki w hotelu. Natura jest tu zdecydowanie na zachodnie pięć gwiazdek, podczas gry hotele zwykle… no cóż. Ja dokonałam jeszcze kilku ważnych kulturowych odkryć podczas tego wyjazdu: Egipcjanie mogą być zapalonymi podróżnikami i mogą być zorganizowani – większość uczestników grupy podróżuje regularnie po świecie i wcale nie znaczy to, że są milionerami albo mają zagraniczne paszporty. Egipskie kobiety są słodkie, sympatyczne i otwarte. Jedna z nich opowiedziała mi o swojej miłości do pewnego Włocha, kolegi z pracy, chrześcijanina, który nie może się zdecydować na zmianę wiary, a przecież ona jako muzułmanka, musiałaby zerwać z całą rodziną, gdyby miała wyjść z niemuzułmanina.   Egipscy mężczyźni są za to kulturalni i inteligentni – o ile mają odpowiednie wykształcenie. Po raz kolejny zauważyłam z jaką naturalnością dzielą się posiłkiem – po prostu odrywają palcami kawałek ryby/chleba/mięsa i kładą na cudzym talerzu namawiając do spróbowania (wciąż się tego trochę brzydzę). Bawią się rewelacyjnie bez alkoholu – nawet powiedziałabym, że lepiej niż zakrapiane towarzystwo i zupełnie nie przeszkadza im to w regularniej modlitwie.  No i oczywiście są mistrzami selfie. Miliony selfie w każdej możliwej konfiguaracji, nawet z szalonym kierowcą busa, który podekscytowany wyprawą tańczy tango samochodem na ulicy i wyprzedza na czwartego.

Mam ochotę na więcej i mam nadzieję, że następny długi weekend jest blisko!

IMG-20170419-WA0008


5 myśli w temacie “Marsa Alam – Czerwone Morze Uncovered

  1. Super się czytało 🙂 już myślałam, że nigdy nic nie napiszesz 😛 Lubię czytać o życiu w Egipcie, byłam 3 razy na wakacjach ale codzienność to zupełnie co innego 🙂 zdjęcia śliczne 🙂 Pozdrawiam:)

    Polubienie

    1. Dziękuję Aniu! Nie piszę często, bo brakuje mi weny i nie za wiele się u mnie dzieje związanego z Egiptem, a nie pracą czy życiowymi potyczkami. Zapraszamy znowu na wakacje w takim razie!

      Polubienie

  2. Pisz wszystko, o Rodzince egipskiej o znajomych, o ich życiu codziennym, obyczajach 🙂 a jak jeszcze fotki ,,kairskiej ulicy” dołączysz to w ogóle będzie super 🙂 Fajnie masz, że mieszkasz w Egipcie chociaż nie koniecznie w takim wielkim i tłocznym mieście ( byłam raz i byłam w szoku ilością ludzi, samochodów itp.) ale przynajmniej masz blisko do takich miejsc jak Marsa 🙂 byłam tam 2 lata temu- rzeczywiście plaże jak z bajki, cudne rafy ale zero życia nocnego 🙂 mogłabym ciągle odwiedzać Egipt – nigdy mi się nie znudzi 🙂 Pozdrawiam Cię i nabieraj weny do pisania 🙂 jak nie o sobie to o innych 🙂

    Polubienie

    1. Myślę, że to sprawa dla policji. Wolę nie komentować takich wydarzeń, bo nie czuję się uprawniona. Boję się trochę terrorystów, którzy atakują chrześcijan w mieście. Ostatnio był wybuch bomby w mojej dzielnicy, którą uważa się za bezpieczną.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s