Głodni w środku nocy? A może południowoafrykańska kolacja na Maadi?

Musze Wam od razu powiedzieć, że nie zamierzam aspirować do blogera kulinarnego. (W sumie do niczego nie aspiruję oprócz poziomu master w nauczaniu polskiego jako obcego i może pieczeniu najlepszego chlebka bananowego.  ) Stwierdziłam jednak, że w Kairze jest tyle cudownych restauracji, że nie mogę nie napisać kilku słów o każdej z nich – a nuż komuś się przydadzą.. Niestety nie pamiętam już wrażeń smakowych z wielu interesujących miejsc, które odwiedziliśmy z małżem, więc… będę miała okazję odwiedzić je znowu.

Do czytelników z Polski: wcale nie złapałam Pana Boga za nogi i nie dorwałam szejka egipskiego (choć nie miałabym nic przeciwko). Po prostu po pierwsze primo jedzenie w Kairze jest relatywnie tanie,  po drugie primo czasem nie opłaca się gotować, a po trzecie  – czymś muszę sobie rekompensować życie w tym piekiełku, nie? Z tych powodów prawie nigdy nie odmawiam, kiedy słyszę „Zjedzmy na mieście”, co zrzuca mi z  ramion ciężar półgodzinnego przeszukiwania Kwestii Smaku, tylko po to żeby odkryć, że akurat nie mam pasty miso i sosu rybnego. (Teraz mam już sos, a nawet ocet ryżowy!)

Wczoraj wybraliśmy się na Cairo Jazz Festiwal, który nas rozczarował. (Jednym zdaniem: jak można sprzedać 200 biletów i zorganizować koncert w sali, która pomieści 50 osób?) Rozczarowanie postanowiliśmy sobie zrekompensować jedzeniem. Ja całe życie zajadam smutki, więc to dla mnie nic nowego. Najważniejsze, że działa. Na szczęście ćwiczyć lubię prawie tak bardzo jak jeść (dobra, nie oszukujmy się – 1/10 ), więc nie będę odmawiać kolacji o 23. Z placu Tahrir ruszyliśmy do Bua Khao na Maadi, które serwuje rewelacyjne tajskie jedzenie. Niestety, panowie kelnerzy zareagowali grymasem na nasz widok – restauracja jest zamykana o 22. Prawie głodni, ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy w poszukiwaniu mikrobusa ( na restaurcje mam, ale na Ubera mi szkoda), kiedy na horyzoncie pojawiło się ZULU. Hej, przecież to się reklamuje na fejsbuku! Połączyliśmy kropki i przypomnieliśmy sobie, że   już dawno chcieliśmy spróbować jedzenia z RPA.

Restauracja była pusta, ale właściciel, który siedział na kanapie przed wejściem i skrolował sobie cośtam na smartfonie, zaprosił nas pogodnym uśmiechem. Ostatecznie z tego powodu wcale nie było mi szkoda, że wchodzimy tam tak późno. W środku, sami zobaczcie, przytulnie, kolorowo i zabawnie. Z głośników leciała bardzo optymistyczna, ani za cicha, ani za głośna (co, przyznajcie, jest rzadkością w Kairze) muzyka pop z afrykańskim rytmem.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Na przystawki zamówiliśmy Droewurs, czyli suszone kiełbaski. Nie mieli już całej porcji, więc dostaliśmy do spróbowania trochę nieapetycznie wyglądającej suszonej wołowiny i powiem Wam szczerze – można to rzuć godzinami, a przynajmniej do przyjścia dania głównego, i nigdy nie przełknąć. Mimo to mięso było bardzo dobrze doprawione  i sama nie wiem, która przekąska smakowała mi bardziej.  Nie wymyślaliśmy za bardzo, jeśli chodzi o drugie danie, bo nie chcieliśmy, żeby znowu podjęcie decyzji zajęło nam godzinę (sic!). Małż zamówił kurczaka w sosie z piri piri, a ja sałatkę z wołowiną.  Pikantnemu kurczakowi towarzyszyła kwaskowata sałatka ziemniaczana z jajkiem – trochę jak hiszpańska ensalada rusa, czyli nasza jarzynowa, ale bez groszku, jabłek i bez większości składników w sumie. Moja sałatka składała się z rukoli, ogórków, świeżej kolendry, kawałków wołowiny i pikantnego sosu, który zakładam, że miał coś wspólnego z sosem sojowym. Same receptury chyba nie miały w sobie nic wyjątkowego, ale sposób przyrządzenia i prezentacji na piątkę z plusem.  Mięso było idealnie miękkie, a warzywa bardzo świeże.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Choć pasowała jak kwiatek do kożucha, bardzo posmakowała mi w ZULU sangría! Bardzo owocowa, lekka i słodka, choć nie za bardzo. Sam fakt, że serwują alkohol jest dla mnie wielkim plusem. A propos plusów – podsumujmy:

Plusy:

  • kameralny, przytulny wystrój
  • sposób przyrządzenia dań i ciekawe pozycje w karcie
  • alkohol (!)
  • obsługa – sympatyczny właściciel
  • otwarte do późnych godzin

Minusy:

  • ceny – za kolację dla dwojga, przy czym ja nie miałam pełnego dania i tipsy teapot of sangría zapłaciliśmy 450 EGP
  • lokalizacja – wolę przyjaźniejsze okolicę, ZULU znajduje się pół minuty od placu Khoreyya na Maadi, blisko przystanku metra Maadi
  • Nasz stolik trochę się lepił.

 

Jeśli Was przekonałam do ZULU, to nie zapomnijcie po mnie wstąpić, kiedy będziecie się tam wybierać. Mój następny obiad tam zjem w tym kąciku ze światełkami pod oknem. Może wtedy się dowiem, po co wisi tam ta zielona koszulka o.O

 

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s